Pierwszy, drugi, kolejny meeting.

Marcin.

TEKST: OLGA LEDZION  

Przyszła wiosna. Od dziś, od „teraz” na stronie Centrum Psychoterapii Uzależnień i Współuzależnień - AUTONOMIA publikować swoje artykuły będą osoby najbliżej związane z psychoterapią . Będą to najwybitniejsi specjaliści , eksperci i diagności w dziedzinie samych siebie - poszukiwacze własnej autonomii, czyli osoby które są w trakcie procesu terapeutycznego, zakończyły ów proces lub właśnie go rozpoczynają. Osoby które chcą podzielić się swoim żywym doświadczeniem nie wyobrażeniem. Strasznie się cieszę. Zapraszam do zakładki ARTYKUŁY  

M. Zagański

Pierwsze spotkanie buńczucznego alkoholika z innymi alkoholikami. Mnóstwo wyobrażeń, a każde z nich fałszywe. Wyobrażam sobie kameralną salkę, krąg ludzi siedzących na krzesłach, nisko zwisająca lampę, stolik z pączkami i wodą. Wchodzę do budynku, przez chwilę udaję, że znalazłam się tutaj przypadkiem, przeglądam ulotki, usiłując zachować spokój. Nikt nie odpowiada na moje nieśmiałe „dzień dobry” rzucone gdzieś w stronę ściany.

Idę do bufetu, bo z pewnością bufetowa to ktoś, kto udzieli mi jakiejkolwiek informacji. Pani za ladą nie ma rozpiski meetingów. Ma je natomiast w głowie druga kobieta, stojąca po tej samej stronie co ja, alkoholiczka. Pyta mnie bez żadnych ogródek czy jestem uzależniona, a ja odpowiadam automatycznie, że tak i że od alkoholu. Mam to głowie, wyryłam to sobie prywatną cyrylicą, odpowiadam bezbłędnie. Pani po mojej stronie namawia mnie na meeting, który odbywa się tego samego dnia, wieczorem, za półtorej godziny. Mam półtorej godziny na zmierzenie się ze wstydem i olbrzymim strachem – jak to będzie? Przychodzę jak w transie, zjadając po drodze pół tabliczki czekolady. Czekam w hallu, siedząc na scenie, popijając gorącą herbatę, pomimo tego, że nienawidzę wrzątku, ale chwilowo nie zwracam uwagi na to, że napój parzy mi usta. W głowie kotłują mi się myśli, spierdolić czy zostać, uspokaja mnie myśl, że mogę zawsze wyjść albo udawać, ze przyszłam sobie posiedzieć, no bo kto mi zabroni? Do hallu wkracza energiczna dziewczyna z włosami na jeża, w okularach i szerokim uśmiechem, kieruje się wprost na mnie, siada i pyta bez ogródek czy to mój pierwszy raz. Dławiąc się herbatą odpowiadam, że tak, sięgam po czekoladę, żeby żując ją jak najdłużej, mieć więcej czasu na odpowiedź na kolejne pytania. Boję się jak przed egzaminem maturalnym, jak przed pierwszym testem ciążowym, nie.. ja się kurewsko boję i takiego strachu jeszcze nie czułam. Dzięki tej dziewczynie udaje mi się wejść do sali, zająć miejsce i opanować drżenie rąk, kolan, głosu. Mam wrażenie, że moje włosy tańczą, wysycha mi gardło, pocę się jak mysz (chociaż jak do cholery poci się mysz?).

Meeting się zaczyna, padają formuły, wspólna modlitwa, chociaż modlitwa to chyba złe słowo. Prośba o mądrość i o odwagę, bo tego najbardziej brakuje, i to nie tylko alkoholikom. My, alkoholicy, jesteśmy w jakiś sposób wyróżnieni, naznaczeni przez chorobę, szybciej zmuszeni do weryfikacji rzeczywistości, do jej „trzeźwej” oceny. Szybciej rozumiemy, że odwaga to wstać co rano i opanować strach, lęk, zaopiekować się małą, przerażoną istotą w środku, która najchętniej zostałaby w domu pod kocem i piła, żeby rozładować napięcie. Po przedstawieniu reguł pada pytanie, którego się boję- czy ktoś jest pierwszy raz? Nie muszę, ale podnoszę rękę, wypowiadam swoje imię i znaną mi już, wypróbowaną formułkę – „jestem alkoholiczką”. Mój głos nie jest mój. Jest wyższy, wydobywa się z rurki, którą mam w przełyku. Padają gromkie brawa, uśmiecham się, bo to w sumie śmieszne, każdy widzi, że jestem tu pierwszy raz i że jestem PRZERAŻONA. Z racji tego, że jestem „świeżakiem”, pisklakiem na swoim pierwszym, prawdziwym meetingu, wśród takich jak ja, uzależnionych, zaczynają się historie o pierwszych meetingach osób, dla których jest to 300, 500, 1000 meeting w życiu. Zamieniam się w słuch. Chłonę słowa innych, tak jak pierwsze zdania terapeuty.

Doznaję dziwnego uczucia- nikt mnie nie ocenia, nikt nie patrzy na mnie jak na ponadnaturalne zjawisko, zaczynam czuć się bezpiecznie, spowija mnie cudowny, bawełniany kokon. Ogarnia mnie wzruszenie, euforia, bo odkrywam, że czuję się tak trochę jak pod tym magicznym kocem, tylko że nie jestem już sama, jest tam nas, pod tym kocem, więcej. Zaczynam płakać słysząc odbitą jak w lustrze historię mojego rodzica alkoholika. Słyszę ją teraz z ust kogoś, kto jest chory, skrzywdził swoim piciem dzieci. Ja jestem TYM DZIECKIEM. Widzę ból człowieka, który opowiada o zapitych wigiliach i ciężarze winy. Widzę moją mamę, która dwudziesty rok próbuje wyjść z gówna, próbuje, ale nie może, potyka się jak ten człowiek, który codziennie chciał móc nie pić, dla siebie, dla swoich dzieci. Doznaję uczucia olbrzymiej ulgi, wyję jak dziecko. Czuję na ramieniu czyjeś ramię, ktoś podaje mi chusteczkę, bo moje właśnie się skończyły, a łzy nie chcą przestać lecieć. Czuję, że zdarzyło się coś niesamowitego, zabrzmi to zajebiście banalnie, ale dotknęła mnie „kosmiczna siła”, dałam sobie szansę, żeby jej doświadczyć. Siła wsparcia, współodczuwania, wynikająca z faktu bycia uzależnionym. Wreszcie mogę się z kimś identyfikować, mogę być taka jaki jestem, zawstydzona, nieśmiała, strachliwa. Przestaję kozaczyć. Żarty się skończyły, przecisnęłam się przez czarny tunel, przeszłam na drugą stronę lustra, wreszcie kurwa wsiadłam do właściwego pociągu, na który czekałam dobre trzy lata, z terapeutą u boku.

Na drugi meeting wchodzę tak samo niepewnie, inna grupa, która miała być moją docelową, z racji nazwy, z którą się identyfikuję. Nikt się nie uśmiecha, nikt mnie nie głaska, nie pyta. Czuję mur. Siadam grzecznie z boku, licząc na chociaż jeden przyjazny uśmiech, zdawkowe pytanie, cokolwiek. Cisza. Meeting się zaczyna. Druga grupa jest skrajnie różna. Nie ma omawiania kroku, ludzie od razu zaczynają mówić co ich boli, z czym musieli się zmierzyć przez cały tydzień. Mur pomiędzy mną a nimi robi się coraz grubszy. Patrzą na mnie jak na obcego, podejrzanego, który znalazł się tam przez przypadek, gościa z innej bajki. Myśli kotłują mi się w głowie, chcę wyjść, panikuję, uspokajam moje wewnętrzne dziecko, negocjuję z nim, żeby jeszcze chwilę zostać. Historie zaczynają się rozwijać, jeden po drugim zaczynają mówić. Językiem ostrym, brutalnym, wulgarnym- takim jak moje myśli. Rozluźniam się, zaczynam czuć, że to tylko moje wrażenie, że może nie jestem tu niemile widziana. Wszystkimi siłami wciskam się w krzesło, przyjmuję wygodniejszą pozycję, powtarzam sobie w duchu- że jest mi obojętnym, jak oni mnie postrzegają, że mam prawo tu być, bo też jestem alkoholiczką i że to miejsce jest tak samo moje, jak ich. Że ci ludzie są dokładnie tacy jak ja, z mojego wymiaru. Przypominam sobie pierwszy miesiąc niepicia, ciągłe zawroty głowy, agresję wobec wszystkich, niechęć, jad, niezadowolenie. Oni też to mają, mogą być nieufni, niezadowoleni, w gorszym nastroju, nie muszą być mili, nie muszą się uśmiechać. Wchodzę w inny wymiar. Czuję się tak samo bezpiecznie, jak na pierwszej grupie. Ktoś zaczyna mówić o kompulsywnych zachowaniach, cała sala kwiczy ze śmiechu, łącznie ze mną, słuchając historii o tonach zjedzonej czekolady, bitej śmietany, ciast, nawet zwykłego cukru. Cieszę się jak dziecko, że mam tak samo, że to normalne, że ja, tak nielubiąca słodyczy, pochłaniam je teraz w zastraszających wręcz ilościach i że to NORMALNE, kiedy rezygnujesz z alkoholu. Odzywają się kolejne głosy z sali, są opowieści o ciastkach, dżemach, hurtowo wypalanych papierosach. Ja do tej listy mogę dodać zakupy, wydawanie całej pensji na buty i sukienki. Nie odzywam się, bo wstyd.

Po meetingu obracam w głowie koncept kompulsji, zaczynam rozumieć, że nałóg to głód, to pustka, którą muszę czymś zapewnić. Że sam fakt zaprzestania picia nic nie zmienia, może tylko to, że mniej narażam się na utratę zdrowia i życia, o czym przestrzegał mnie i lekarz i farmaceuta. Że tę pustkę mam wszczepioną w kręgosłupie, zawiązaną w mięśniach, w każdym neuronie i w każdej komórce. Kiedyś nazywałam to nicością, wchodziłam w nią, jak za scenę w teatrze, dotykałam jej jak ciężkiej zamszowej zasłony, otulałam się nią, popijając wino i myśląc, że mogę ją oswoić. Mam ten gen. Ta pustka, ten głód emocji nie zniknie. Dociera do mnie, że nigdy nie będę zwykła i normalna, pomimo, że tak mocno jak to wypierałam, tak samo mocno pragnęłam być jak inni, zdrowi, szczęściem codziennym żyjący ludzie. Paradoks mojego życia. Na szybko ukułam sobie termin „kompleksu banalności”, żeby nazwać moją niechęć, a jednocześnie nieświadome pragnienie bycia po prostu zwyczajną, prostą, zdrową osobą. Chciałam dużo, mocno, brawurowo, toksycznie. Każdy, kto mnie dotknął, musiał mnie zapamiętać, musiał mieć mnie wytatuowaną na wewnętrznej stronie ręki. Jestem zwyczajną alkoholiczką, ale niezwykłą osobą. Czuję ten sam głód, co inni alkoholicy, te same wahania, przechodzę identyczna stadia rozwoju i wychodzenia z choroby. Ciągle zadaję sobie pytanie, czy jestem w stanie z niej wyjść? Chyba nie. Zawsze będę niepełna, wybrakowana, będę żyła z dziurą w środku, jedyne co mogę dla siebie zrobić, to zacząć ją zapełniać, próbując nowych rzeczy. Weryfikować rzeczywistość, szukać, dowiadywać się, starać uspokoić napięcie, nakarmić mojego wewnętrznego smoka, przekonać go, że są lepsze rzeczy niż alkohol, słodycze, seks, papierosy, zakupy.

Nie dowiesz się tego z książek, wiem, bo sama próbowałam. Czytałam świadectwa alkoholików, trudne książki o emocjach. Wycierałam sobie gębę frazesami zaczerpniętymi z lektur. Odkąd poszłam na meeting zaczęłam rozumieć, zaczęłam się zastanawiać, zaczęłam analizować, rozgrzeszać siebie. Trochę bardziej siebie pokochałam. Zobaczyłam tam ludzi tak samo fajnych, jak ci z którymi kiedyś piłam. Pokiereszowanych, bogatych w doświadczenia, które były również moim udziałem, ale uważałam je za wstydliwe albo chwalebne (zależy jak kończyła się impreza- czy próbą przejścia przez rzekę o drugiej nad ranem, czy nocnymi filozoficznymi, bełkotliwymi rozmowami o życiu i wszechświecie przy kuchennym stole). Dzięki ludziom spotkanym na meetingu zaczęłam doceniać pojęcia „rzeczywistość” i „prawda”. Zaczęłam działać, a nie tylko sobie wyobrażać. I to jest drastyczna zmiana, to jest przekroczenie Rubikonu.

 

Dzisiaj idę na kolejny meeting, trochę jeszcze trzęsą mi się kolana, ale cieszę się, że się zobaczę z nimi, moim alkoholikami.

                                                                                                                                                                                                                                              Olga Ledzion

Wywiad z Marcinem Zagańskim na temat wpółuzależnienia od narkotyków

Marcin.

Specyfika współuzależnienia od narkotyków

„Bliscy współuzależnieni podejmują walkę z uzależnieniem sami i sami też chcą ją wygrać. Tracą na tę walkę wszystkie siły, tracą zdrowie, rozum, a na pewno własne życie. Walce tej towarzyszy ogromny stres. Jest to walka z góry przegrana. Bo z uzależnieniem się nie walczy. Uzależnienie można poznać, zrozumieć, zaakceptować, ale do tego potrzebny jest drugi człowiek.” O mechanizmach współuzależnienia od narkotyków rozmawiamy z Marcinem Zagańskim, psychologiem i terapeutą uzależnień, twórcą Centrum Psychoterapii Uzależnień i Współuzależnień AUTONOMIA w Poznaniu.

Poniżej prezentujemy link do wywiadu z Marcinem Zagańskim, przeprowadzony przez portal internetowy uzaleznienie.com.pl. na temat współuzależnienia od narkotyków.

- Kogo najczęściej dotyczy współuzależnienie od narkotyków i jak przebiega?

- Jakie są objawy współuzależnienia od narkotyków?

- Z jakimi problemami borykają się bliscy osoby uzależnionej i gdzie mogą szukać pomocy?

Odpowiedzi na te pytania i wiele innych, dotyczących współuzależnienia od narkotyków w poniższym tekście. Zapraszamy do lektury.

Link do wywiadu:

http://uzaleznienie.com.pl/narkomania/podstawowe-pojecia/698-specyfika-wspoluzaleznienia-od-narkotykow.html

Alkoholizm wśród kobiet

Monika Grabek – Pisarska.

Alkoholizm to choroba demokratyczna. Piją młodzi - i starzy. Piją bogaci - i biedni. Piją wykształceni - i ci, którzy się nie uczyli. Alkoholizm dotyczy tak samo mężczyzn - jak i kobiet.

Alkoholizm jest chorobą bardzo demokratyczną dotyka zarówno ludzi młodych jak i ludzi w podeszłym wieku, ludzi o wysokim statusie społecznym jak i tych biednych, wykształconych jak również tych, którzy nie zdobyli wykształcenia, ale przede wszystkim zarówno doświadcza kobiet i mężczyzn.

Alkoholizm - redukcja picia czyli ALTERNATYWNA FORMA POMOCY. NALMEFEN (SELINCRO)

autor: Marcin Zagański.

Redukcja picia i szkód będących następstwem używania alkoholu jako ALTERNATYWNA FORMA POMOCY oraz CEL TERAPEUTYCZNY  w oparciu o właściwości FARMAKOTERAPII - ROLA NALMEFENU

W dotychczasowym modelu i formach leczenia uzależnienia od alkoholu redukcja szkód oparta na oddziaływaniach farmakologicznych nie istniała. A jeśli by jej szukać na siłę, to tylko w postaci podskórnych implantów występujących pod znaną nazwą Esperal (disulfiram), wycofanych w 2009 z powodu szkodliwości, a także nieskuteczności. Sam termin „redukcja szkód" (harm reduction) budził - jeszcze nie tak dawno - wiele kontrowersji w tematyce narkotykowej, a w lecznictwie uzależnień alkoholowych postrzegany był jako żart i kpina z ugruntowanej wiedzy na temat terapii alkoholików.

Twórczoprzełamujemy ramy

Jesteśmy pierwszym PRYWATNYM ośrodkiem uzależnień w Poznaniu oferującym terapię uzależnień z klientem indywidualnym, jego rodziną i bliskimi.

Więcej >

Proponujemyróżne drogi wyjścia z uzależnienia

Psychoterapia uzależnień w rozumieniu naszych specjalistów nie oznacza abstynencji jako jedynej alternatywy. Bierzemy pod uwagę redukcję zażywanych substancji.

Więcej >

Rozumiemyzachowania jednostki

Nasze myślenie o uzależnieniu nie ogranicza się do substancji psychoaktywnych. Uzależnienie to ZACHOWANIA JEDNOSTKI utrudniające jej codzienne funkcjonowanie.

Więcej >

Przyjmujemy

Przyjmujemy osoby, które nie są gotowe na całkowitą zmianę zachowań lub rezygnację z przyjmowania substancji psychoaktywnych. Przyjmujemy osoby, które nie czują się uzależnione. Przyjmujemy osoby bliskich uzależnionym i współuzależnione.